do szczęscia miejsca z dziećmi

Miejsca do szczęścia: BORNHOLM! Pojechałabym tam raz, jeszcze choćby dziś!

19 sierpnia 2017

Bornholm. Dania. Miejsce do szczęścia. Po raz pierwszy pomyślałam, żeby tam pojechać rok temu.  Chciałam, żeby to był wypad mamowo-córkowy. I tak się stało. Dwie mamy i dwie córki. Cztery rowery, sakwy i dwa namioty.

Czy to jest miejsce do szczęścia? Tak! Pojechałabym tam jeszcze raz, choćby zaraz, teraz.

PODRÓŻ Z POLSKI NA BORNHOLM – 4 GODZINY I JESTEŚMY W RAJU, ALE NAJPIERW…

Bornholm to duńska wyspa na Bałtyku, leżąca około stu kilometrów od polskiego wybrzeża. Długość linii brzegowej Bornholmu wynosi nieco ponad 140 km. W tydzień objechałyśmy ją dookoła. Dojazd na wyspę z Polski jest bardzo łatwy – bezpośrednio promem z Kołobrzegu. Rejs trwa 4 godziny.

My dojechałyśmy pociągiem do Kołobrzegu. Trzeba zarezerwować i kupić bilety także dla rowerów, a miejsc na nie w pociągu jest mało (od 3 do 6) dlatego bilety na pociąg warto kupić najpierw i jak najwcześniej. Z biletami na prom nie ma problemów. W pociągu rower jedzie w specjalnie wyznaczonym miejscu, na haku, a Ty i sakwy w przedziale obok. Z promem jest podobnie – zdejmuje się bagaż, wszystkie lampki, bidony, pompki, wszystko, co jest do niego przyczepione, a sam rower jedzie wąską, długą rynienką na swoje miejsce na statku. Wrzucasz bagaże do schowka i rozsiadasz się w wybranym przez siebie miejscu. Jeśli masz chorobę lokomocyjną pamiętaj, żeby wziąć tabletkę godzinę przed rejsem. Po czterech godzinach jesteś w Nexo.

PIERWSZY NOCLEG – KOŁOBRZEG I REJS NA BORNHOLM

Pierwsze nocowanie na kempingu było w Kołobrzegu – prom odpływa o 7.00 a trzeba być 30 minut wcześniej, żeby się na niego zapakować. Obudziłyśmy się o 5.00, żeby złożyć namioty,umyć się, zjeść śniadanie, zapakować sakwy i dotrzeć do portu.

Do Nexo prom dopłynął po 11.00 i od razu wyruszyłyśmy na wschód wyspy (czyli jak staniesz plecami do promu to na prawo). Na Bornholmie rowerzysta jest świętą krową, wszędzie wyznaczone są wygodne ścieżki rowerowe, a kiedy miejscami są węższe, kierowcy wymijali nas z zachowaniem bezpiecznej odległości. Dzieci mają obowiązek jeżdżenia w kaskach, my też je miałyśmy.

BIWAKOWANIE NA BORNHOLMIE I LISTA TANICH PÓL NAMIOTOWYCH

W całej Danii, także na Bornholmie, obowiązuje zakaz biwakowania „na dziko”. My wybrałyśmy najtańszą opcję – noclegi u bornholmskich rolników, w cenie kubka kawy, czyli 25 koron od osoby. Mottem tych miejsc jest: Just Camp! We will visit you later. (Po prostu rozbij namiot! My odwiedzimy Cię później.)

Adresy tanich kampingów:
1) Lejrplads Slettegaård Ole Harlid Gudhjemvej 35, Gudhjem
2) Lejrplads Egeløkke, Ejer Jytte i Hans Henrik Krak Moseløkkevej 5, Allinge
3) Lejrplads Baunehøj Jens-Erik Larsen Skraedderbakkevejen 2, Rønne
4) Lejrplads Lille Gadegård/Vingård Lille gadegård Jesper Poulsen, Søndre Landevej 63, Pedersker, Aakirkeby

ODCINEK PIERWSZY – NEXO, SVANEKE, PIERWSZY KEMPING (28 km)

 

Pierwszy dzień to trasa 25 km z Nexo do Gudhjem plus około 3 km do pierwszego pola namiotowego. Sporo pod górkę, ale i też i kilka zjazdów z górki. Dla mnie to był najtrudniejszy dzień – nie miałam jeszcze wprawy w pedałowaniu, rower z sakwami był ciężki, jeszcze go nie czułam, jednak widoki rekompensowały trud. Dziewczyny śmiały się ze mnie, bo albo puszczałam ochy i achy pod wpływem widoków, albo stękałam pod górkę, albo piszczałam z górki. Robiłyśmy też dużo postoi, bo co chwila wyłaniał się jakiś piękny widoczek, ładna plaża, wiatrak. Jechałam z szeroko otwartą od zachwytu buzią. Kiedy było dla mnie zbyt stromo pod górkę wprowadzałam rower. Dziewczyny pedałowały przed nami, a Sandra towarzyszyła mi, żebym nie była sama. Ukułam swoje własne powiedzenie na temat przyjaźni: „Prawdziwych przyjaciół poznaje się, kiedy jest pod górkę. I kiedy jest z górki też:)”– spanikowałam i puściłam kierownicę roweru, a Sandra krzyczała „hamulec, trzymaj hamulec”. Dzięki temu wylądowałam w polu fasoli czy bobu, soczyście klnąc pod nosem, ale bez żadnych strat fizycznych. Sandra obserwowała też mój rowerowy rozwój. Podzieliła się ze mną swoimi spostrzeżeniami, że pierwszego dnia hamowałam przy 14 km/h, kolejnego przy 20 km/h, a trzeciego nie hamowałam już przy 26 km/h 🙂

Po drodze zatrzymałyśmy się Svaneke, gdzie zamówiłyśmy najsmaczniejsze fish and chips, jakie do tej pory w życiu jadłam. Pyszne łódeczki z frytek, posypane grubą solą, i kawałki dorsza w mega chrupiącej panierce, do tego kawałek cytryny i sos z dodatkiem curry. Wszystko zapakowane w papierową torbę. Postanowiłyśmy zjeść nasz posiłek nad samym brzegiem morza, na skałach, z wodą rozbijającą się u naszych stóp. Wspaniałe wspomnienie. W miasteczku znajduje się też najsłynniejsza na wyspie pięciokominowa wędzarnia (po duńsku Rogeri), w której na pewno spróbuję wędzonych śledzi następnym razem. Urzekło mnie to miasteczko i chciałabym do niego wrócić. Przywoływałam jego wspomnienie za każdym razem, kiedy zamawiałam popularne na Bornholmie piwo – Svaneke.

Kiedy wieczorem dojechałyśmy na kamping szybko rozbiłyśmy namioty, zjadłyśmy kolację i od razu poszłyśmy spać. Zdziwiony gospodarz przykucnął przy naszym namiocie i zapytał czy może pobrać opłatę, czy wolimy rano. Wygramoliłam się, odwzajemniłam uśmiech, zapłaciłam 50 dk i wpełzłam do namiotu, a materac wydawał się najwygodniejszym łóżkiem świata. Zanim zasnęłam usłyszałam chichot dziewczyn z namiotu obok i z tą radością wypełniającą moje uszy zapadałam w głęboki sen.

Ranek był pochmurny, więc postanowiłyśmy szybko spakować namioty żeby nie zmokły, a potem udać się na śniadanie do małej chatki, której dach pokryła trawa. Czułam się jak w domku troli:) Nie chciało się ani rozpadać, ani wypogodzić stwierdziłyśmy, że wyruszamy z peleryną i krótkimi spodenkami pod ręką.

ODCINEK DRUGI – GUDHJEM, HELLIGDOMSKIPPERNE, PLAŻA, ALLINGE (28 km)

Drugi dzień pedałowania rozpoczęłyśmy zwiedzeniem Gudhjem (pierwsze 3 km). Podjechałyśmy na parking przy stacji benzynowej i zostawiłyśmy tam rowery – zjazd do centrum jest bardzo stromy. Przez cały wyjazd rowery przypięłyśmy tylko raz – w stolicy wyspy Ronne, a wszędzie indziej zostawiałyśmy nieprzypięty rower, jak wszyscy inni, plus prawie cały nasz dobytek. Zawsze miałyśmy przy sobie dokumenty, portfel i telefon, który służył bardziej jako aparat fotograficzny.

W Gudhjem zrobiłyśmy słodkie zakupy w KARAMEL KOMPAGNIET – ja kupiłam lizaki dla chłopaków, a Sonia paczkę pięknie zapakowanych karmelków dla taty z napisem „thank you for looking after my dog”. Nie załapałyśmy się na pokaz produkcji słodyczy, ale wiem, że jest taka możliwość. W centrum Gudhjem jest także kameralna manufaktura czekolady BECH Chokolade, którą także zostawiam sobie na następny raz – była jeszcze zamknięta, gdy zwiedzałyśmy centrum miasteczka. Pożegnałyśmy zaspane jeszcze Gudhjem i wyruszyłyśmy w dalszą część trasy. Kolejny przystanek zrobiłyśmy sobie przy klifie Helligdomsklipperne. Niopodal jest także piękny z zewnątrz Bornholm Art Museum, a kilka kilometrów dalej wodospad Dundalen, oba miejsca mam na liście na następny raz.

Przed 15:00 byłyśmy na polu namiotowym w Allinge, byłyśmy bardzo głodne, więc ja i Sandra poszłyśmy gotować czytaj zalałyśmy nasze liofilizowane żarełko, a kiedy wróciłyśmy po 10 minutach okazało się, że dziewczyny zdążyły rozbić namioty.  Po jedzeniu zrobiłyśmy szybką przepiereczkę naszych rowerowych koszulek i wskoczyłyśmy na lekkie bez sakiew rowery, żeby poleniuchować na plaży. Lenistwo wygrało nad okolicznym atrakcjami turystycznymi i na listę na następny raz wpadły ruiny zamku Hammershus i Hammeren – najdalej wysunięty północny kraniec wyspy.

ODCINEK TRZECI – ALLINGE, JONS KAPEL, HASLE ROGERI, RONNE (32 km) 

Miało być najtrudniej, miały być pot i łzy, błoto, komary. leśne wertepy i najbardziej stromy kawałek trasy i z tego wszystkiego było to ostatnie i ogromny zachwyt-różnorodnością, wrzosowiskami, chłodem i zapachem lasu, połaciami dzikich róż rosnących tuż pomiędzy ścieżką rowerową a morzem, maleńkimi kolorowymi domkami, niebieskimi ławeczkami stojącymi tuż przy brzegu morza, ławicami kolorowych kajaków płynących razem z nami, kameralnymi portami. Jedyne, co mniej mnie zachwycało, to zapach jak ze sklepu rybnego na nadmorskim kawałku tej trasy. W pewnym momencie dziewczyny zakazały mi się zatrzymywać i fotografować, bo zeskakiwałam z rowera co kilka metrów.

Na tej najdłuższej dla nas trasie zrobiłyśmy sobie długą przerwę w przepięknym miejscu – Jons Kapel – wysoka granitowa turnia, do której prowadzi w dól ponad 100 schodów.

Żeby się bardzo nie zmęczyć szybko zrobiłyśmy sobie kolejny postój, tym razem kulinarny, w Hasle Rogeri. Zjadłyśmy pysznego wędzonego węgorza na chlebie żytnim z jajecznicą, szczypiorkiem i rzodkiewką. Było pycha!

Po 14:00 byłyśmy w Ronne – zaparkowałyśmy w centrum, żeby zrobić sobie pieszy spacer po stolicy wyspy. Odwiedziłyśmy Tigera – jeden z naszych ulubionych sklepów w jego ojczyźnie. Zrobiłyśmy zakupy spożywcze i odpedałowałyśmy na nasz kolejny Primitive Camp, by cieszyć się zielenią, ciszą i spokojem.

ODCINEK CZWARTY – KOŚCIÓŁ ROTUNDOWY, NATUR BORNHOLM I WINIARNIA (25 KM)

Zrobiło się pochmurno, ale na ten dzień nie miałyśmy w planie plażowania, więc bardzo nas to nie zmartwiło. Jechałyśmy pośród pól, pasących się koni, obok malowideł na kamieniach. Zatrzymałyśmy się w Nylars przy jednym z czterech na wyspie kościołów rotundowych. Moją uwagę zwróciły cmentarze, które wyglądają bardziej jak małe parki pełne kwiatów i mini labiryntów z krzewów.

 

Tego dnia zwiedziłyśmy rodzinne muzeum Natur Bornholmw którym poznałyśmy historię naturalną wyspy, jak powstało to piękne miejsce, w wyniku jakich zmian klimatycznych, dowiedziałyśmy się o wędrówce lodowca i co niósł ze sobą, o zderzeniu płyt tektonicznych, ba stanęłyśmy na nich. Weszłyśmy do maszyny czasu, która cofnęła nas w czasie o 1 700 milionów lat. Przeżyłyśmy „trzęsienie ziemi”, poczułyśmy zimno epoki lodowcowej i ciepło i wilgoć jury. Stanęłyśmy na granicy geologicznej – jedynym miejscu w Europie, w którym można jedną nogą stanąć na prekambryjskim gnejsie, a drugą na kambryjskim piaskowcu. Wylegiwałyśmy się na skamieniałym dnie morza sprzed 535 milionów lat z unikatowym w skali światowej skamieniałym odciskiem meduzy (na całym świeci odkryto trzy). Czy wiecie, że bornholmskie żubry pochodzą z Polski?

Nakarmione wiedzą, jednak głodne przybyłyśmy na pole namiotowe w winiarni Lille Gadegard. Okazało się, że będziemy spały wśród winorośli, dzikich królików, kociąt, pawi i butelek pełnych różnego rodzaju trunków: piw, win, wódek, whisky. W okresie wakacyjnym można wziąć udział w kolacji i koncercie muzyki na żywo. Postanowiłyśmy zaszaleć. Butelka różowego wina szybko się skończyła.

ODCINEK PIĄTY – Z WINIARNI DO DUEODDE (22 KM) 

Rano sakwy były cięższe o dwie butelki wina: agrestowego i z czerwonej i czarnej porzeczki. Pożegnałyśmy się z gospodarzem Jesperem z nadzieją, że zobaczymy się za rok i wyruszyłyśmy do Dueodde. W nocy padało, jednak pierwsze promienie zdążyły wysuszyć nasze namioty zanim zjadłyśmy śniadanie. Tego dnia gęste, stalowoszare chmury wisiały nad nami cały czas a wiatr wiał tak, że głowę urywało. Na szczęście to był najkrótszy kawałek trasy – do pola namiotowego miałyśmy tylko 15 km. Na nieszczęście, to miał być dzień wylegiwania się na plaży i wygrzewania w słońcu na gorącym, białym jak śnieg, drobniuteńkim piasku Dueodde. Po raz pierwszy skorzystałyśmy też z wypasionego kempingu z recepcją, kawiarnia, basenem, rzędem łazienek i dużą liczbą namiotów na dużej przestrzeni. Wybrałyśmy miejsce na skraju wydmy, z widokiem na morze i wrzosowiska. Trudno było rozkładać namiot w czasie tak dużego wiatru, robił się z niego latawiec, który chciał odfrunąć razem z nami. Podcięłyśmy jego zapędy do latania przytwierdzając go do twardej ziemi śledziami. Tylko się naburmuszył, ale nie odleciał. Dorzuciłyśmy sakwy z całym naszym bagażem, założyłyśmy wszystkie bluzki z długim rękawem i kurtki i poszłyśmy przywitać plażę. Wszystko było w odcieniach szarości – morze srebrne, piasek w kolorze gołębim, chmury sine.Ani jeden promyczek słońca nie był się w stanie przebić przez barierę chmur. Postanowiłyśmy osłodzić sobie ten dzień naleśnikami w mijanej po drodze kawiarnio galerii – Cafe Slusegaard. Dogodziłyśmy sobie naleśnikami z Nutellą, bananami i orzechami i kubkiem gorącej, luksusowej czekolady z bitą śmietana. Kilka kroków za kawiarnią znajduje się ścieżka nad morze, przy której stoi zabytkowy młyn wodny. Zejście do morza upstrzone jest dzikimi różami – ich zapach wymieszany z morskim i deszczowym powietrzem mógłby być nutą zapachową moich perfum. Deszcz szybko nas przegonił na drugie danie do kawiarni – zamawiamy ciasta. Moje to biszkopt przekładany bitą śmietaną i owocami leśnymi, udekorowany bratkami.

 

 

W drodze powrotnej na kemping zaglądamy do pracowni ceramiki Jans keramik. W maleńkim sklepiku znajduje się tyle pięknych rzeczy stworzonych z gliny – zastawy do herbaty, kubki, rzeźby z rozwianymi włosami, pokoik w dzbanku na herbatę, poduszeczki do szpilek, miseczki, talerzyki, wysoka wierza z całym zwierzyńcem. Dobrze, że nie zamierzałam niczego kupować, bo miałabym kłopot z wyborem jednej rzeczy.

W Dueodde kierujemy się na prawo, zamiast w lewo na kemping i odkrywamy latarnię morską stojącą u podnóża rozległych wydm. Stwierdzamy, że to super miejsce na zabawę chowanego. Było masa śmiechu i piachu w gaciach. Wyszumiałyśmy się razem z morzem i wiatrem, a kiedy tylko zdążyłyśmy zasunąć zamek w namiocie rozpadało się na całego. Zastanawiałam się czy to deszcz, czy grad i czy w nocy nie odfruniemy.

 

 

ODCINEK SZÓSTY – Z DUEODDE DO NEXO, 196 STOPNI LATARNI MORSKIEJ, (15 KM)

Obudziłyśmy się w tym samym miejscu, a jakby w innej strefie klimatycznej. Od rana świeciło słońce, piasek na plaży zrobił się kremowy, niebo było w kolorze ultramaryna, a morze było zupełnie przezroczyste. Przez wrzosowiska przebiegły sarenki. Wyciągnęłyśmy z namiotów materace i zjadłyśmy śniadanie na trawie a promienie słońca wygrzewały nam plecy i suszyły namioty.

Ostatni dzień na wyspie. Na pożegnanie wdrapałyśmy się 196 stopni w górę latarni morskiej w Dueodde, tej obok której dzień wcześniej bawiłyśmy się w chowanego, żeby z góry popatrzeć na wyspę.

Nieco ponad godzinę później byłyśmy w Nexo. Żałuję, że nie posłuchałam propozycji Sandry, żeby zatrzymać się w małym porcie Stonabeak żeby w tutejszej Rogeri zjeść fiskebufet, czyli rybny bufet, na który składają się ryby przyrządzone na wiele sposobów: smażone, marynowane, wędzone. Myślałam, że będziemy mogły spróbować ich w Nexo, jednak w Nexo Gamle Rogeri nie mieli opcji bufetu. Zadowoliłam się wędzonym śledziem na kromce żytniego chleba, z sałatka ziemniaczaną i szklanką piwa Svaneke. Porcje frytek mają tu imponujące, prawdziwe góry. Tym kulinarnym akcentem zakończyłyśmy naszą wycieczkę po Bornholmie. Po czterech godzinach podróży promem, potem ponad siedmiu pociągiem, byłyśmy na śniadaniu w domu.

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply